Paweł 'Oso' Czykwin, data: 2008-12-30, Komentarze: 22

Malowany człowiek - recenzja

Malowany człowiek

Z książkami debiutantów jest problem: nie wiadomo czego się po nich spodziewać. Malowany człowiek jest takim właśnie tytułem bez marki. Mimo to, od razu rzucili się na niego wydawcy z ponad jedenastu krajów, więc albo jest bardzo dobry, albo napisał go niezły spec od marketingu. Zdobyłem, przeczytałem i uważam, że nie ma się czego obawiać. Na miano bestsellera Malowany człowiek zasługuje bezapelacyjnie. Ja w każdym razie nie odłożyłem książki, póki jej nie skończyłem. Nieźle, zważywszy, że brałem ją za zwykły relaksator.

Peter Brett stworzył świat, który od samego początku wyciąga po czytelnika swoje szpony i nie pozwala mu się wyrwać. Mamy oto dzień - domenę ludzi, czas pracy i działania. W nocy zaś nadchodzą demony - niemożliwe do pokonania istoty, przed którymi można się tylko ukrywać w otoczonych ochronnymi runami miejscach. W świecie tym żyje troje dzieci. Gdy je poznajemy, każde traci coś, co było im drogie. Jedenastoletni Arlen przekonuje się, że jego ojciec jest tchórzem, ceniącym bardziej życie własne niż najbliższych. Trzynastoletnia Leesha przez jedno kłamstwo staje się obiektem nienawiści całej wsi. Zaś trzylatek Rojer w ataku otchłańców traci całą rodzinę i na resztę życia zostaje naznaczony brakiem dwóch palców. Ta trójka najpewniej kiedyś się spotka, ale w Malowanym człowieku obserwujemy, jak każde osobno dorasta, kształtuje swoją osobowość i przygotowuje się do spełnienia przypisanej sobie roli w trybach przeznaczenia.

Co ciekawe, bohaterowie Bretta nie są herosami w klasycznym, amerykańskim znaczeniu tego słowa. Nie wyczyniają nieprawdopodobnych akrobacji ani nie rzucają zaklęć z prędkością karabinu maszynowego (magów zresztą w książce nie ma). Życie ludzkie jest tu bardzo kruche i niewiele trzeba, żeby je zakończyć. Przyznaję, nie tego się spodziewałem po człowieku, który wychował się na komiksach. Wizja jego świata jest dojrzała, nawet pomimo dość czytelnego rozgraniczenia między dobrem, a złem.

Postacie to drugi obok świata aspekt, który nie pozwala się oderwać od książki. Jasne, skrzywdzonych bohaterów mamy na pęczki. Jako dzieci też nie są zbyt przekonujące. Mimo to ich losy obchodzą czytelnika. One też wyznaczają tempo całej historii, która, choć toczy się na przestrzeni kilku lat, to podporządkowana jest ich nauce i zdobywaniu umiejętności mogących przydać się w tym niebezpiecznym świecie. Sprawia to, że narracja jest spokojna, nastawiona bardziej na budowanie klimatu.

Brett zgrabnie ukazuje, jak różne postawy względem zagrożenia ludzie potrafią przyjąć. Bo wbrew pozorom, nie wszyscy uciekają w nocy w bezpieczne obszary. Niektórzy starają się walczyć z otchłańcami, pomimo świadomości, że stoją na straconej pozycji. Również życie musi toczyć się dalej, więc nawet w dzień można spotkać się z różnymi zachowaniami. Od całkowicie altruistycznego, nastawionego jedynie na wspólne dobro wsi, do miasta pełnego pazernych ludzi, którzy za każdą usługę życzą sobie określonej kwoty. Zaskakujące, ile można z tej książki wydobyć materiału na przemyślenia. Chcąc nie chcąc, zahaczają one głównie o strach, sposoby radzenia sobie z nim, poczucie wolności, ale to w żaden sposób nie umniejsza ich wartości.

Malowany człowiek nie jest, rzecz jasna, bezbłędny. Brett niezbyt dobrze radzi sobie z przedstawianiem dzieci, które w jego wykonaniu są zdecydowanie zbyt dojrzałe, jak na swój wiek. Można to zrzucić na karb ciągłego zagrożenia, które niejako wymusza wcześniejsze wdrożenie się do społeczeństwa, ale nie sądzę, żeby nawet takie okoliczności spowodowały, że dziecko zacznie się wysławiać, jak dorosły. Nie widziałem oryginału, więc może to wina przekładu, ale Marcin Mortka to człowiek znany nie tylko z tłumaczeń, zatem wypada mu ufać. Innym zgrzytem jest kompletny brak informacji, dlaczego ludzie utracili tylko runy bojowe, a ochronne w jakiś sposób zachowały się w pamięci. Gdzieniegdzie pojawiają się rozwiązania w rodzaju deus ex machina (choćby Arlen, natykający się w drodze do Wolnych Miast na znajomego Posłańca). Ostatni bodaj zarzut, to dziwne zachowanie otchłańców, które choć boją się światła słonecznego, nigdy jakoś nie buszują po jaskiniach, czy innych pozbawionych promieni naszej gwiazdy miejscach.

Te wpadki bledną jednak przy fabule, zmuszającej wręcz do oczekiwania na kolejny tom, w którym poznamy dalsze losy Arlena, Leeshy i Rojera. Tu autorowi należy się solidny kop w tyłek za zakończenie Malowanego człowieka w momencie, gdy czytelnik siedzi na krawędzi krzesła przygryzając paznokcie z emocji. Nie sądzę, żeby zwiększyło to liczbę osób chcących sięgnąć po kontynuację. Jest za to strasznie irytujące.

O wydaniu chyba nie ma się co rozpisywać. Fabryka w równie wysokiej formie, co zazwyczaj. Wystarczy chyba powiedzieć, że to okładka przyciągnęła mnie do tej książki. Może i jest nieco efekciarska, jednak robi wrażenie. W środku też można znaleźć sporo niezłych ilustracji, które w zasadzie do niczego nie są potrzebne, ale uprzyjemniają przerzucanie kolejnych stron.

Zatem krótko i zwięźle: czytać. Upewnijcie się jednak wcześniej, że macie wystarczająco dużo wolnego czasu i coś do jedzenia pod ręką, bo może nie będziecie w stanie się od tej książki oderwać. Ja w każdym razie nie żałuję zetknięcia się z Malowanym człowiekiem i z niecierpliwością czekam na jego kontynuację.

Tytuł: Malowany człowiek [The Painted Man]
Seria: Trylogia demonów, tom 1, księga 1
Autor: Peter V. Brett
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2008
Stron: 504
Ocena: 5

Dziękujemy Fabryce Słów za egzemplarz książki do recenzji.


Komentarze























Dodaj komentarz

Tytuł: *
Tresć: *
Podpis: *
e-mail:
Aby zabezpieczyć adres przed spamem zamień dowolną kropkę na .SPAMik.
Token: token
Tu przepisz: *

* Pola są wymagane!