Paweł 'Oso' Czykwin, data: 2007-12-02, Komentarze: 235

Zmierzch - recenzja książki Stephenie Meyer

Zmierzch

Panom już dziękujemy.

Mówię serio. Jeśli jesteś prawdziwym męskim macho, to nie masz tu czego szukać. Najlepiej od razu kliknij przycisk Wstecz w przeglądarce. Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek sięgniesz po tę książkę jest zerowe. Dziewczyny z kolei zapraszam z otwartymi ramionami.

Ostatnie dni były piękne. Doprawdy, lepsze być chyba nie mogły. Te pełne zdziwienia miny ludzi, którzy po sakramentalnym Co czytasz? pytali A o czym to jest? Potem oczywiście ironiczny uśmieszek albo niedowierzanie poprzedzające pukanie się palcem w czoło. Poniekąd mieli rację. Nie co dzień w końcu zdarza się widzieć faceta czytającego romans dla nastolatek. Jeszcze głupsze miny pojawiały się, kiedy twierdziłem, że decydując się na tę pozycję byłem całkowicie zdrów na umyśle. A może i nie? Gdyby mnie teraz zapytać, dlaczego wziąłem właśnie ten tytuł, zapewne nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Po prostu, nabrałem nagle ochotę na coś innego niż moje zwyczajowe lektury. Jak poszło?

Dziwnie. Już na samym początku przerażony zorientowałem się, że narracja prowadzona jest z perspektywy głównej bohaterki. Tego w swoich wyliczeniach nie brałem pod uwagę. Najzwyczajniej w świecie nie przyszło mi do głowy, że jako samiec mam praktycznie zerowe pojęcie o rozterkach sercowych siedemnastolatek. Jednak w miarę czytania uczucie zagubienia stopniowo zanikało i przez kolejne strony przelatywało mi się już niezwykle przyjemnie. W pewnym momencie straciłem nawet poczucie czasu i zatopiłem się w lekturze po uszy. Duża w tym zasługa narracji i samej historii. W tej książce cały czas coś się dzieje. Wydarzenie goni wydarzenie, a okazji żeby odetchnąć jest tu bardzo, bardzo mało. Przyznaję, jako typowy męski szowinista byłem święcie przekonany, że w tego typu książkach większość kartek zapełniona jest patrzeniem sobie w oczy i westchnieniami. Zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony.

Wydawca przebąkuje coś o połączeniu horroru z romansem. Nie wierzcie mu. Grozy nie ma tutaj za grosz, co najwyżej na koniec pojawia się trochę napięcia. Cała reszta to przedstawienie powoli rodzącego się uczucia między Bellą Swan, a Edwardem Cullenem. Oboje są siedemnastolatkami, oboje chodzą do tej samej szkoły i oboje uważają się za odmieńców. Bella to niezdara, mdlejąca na widok krwi, dziewczyna mająca wyjątkowo niskie mniemanie o sobie. Z Phoenix, gdzie mieszkała z matką, przenosi się do ojca, do małej mieściny o nazwie Forks. Nie jest to do końca niewymuszony wybór, ale tylko tyle mogła zrobić, żeby ułatwić trochę życie matce. W nowej szkole czuje się dziwnie, bo raz, że jest w kompletnie nieznanym otoczeniu, dwa że wzbudza zainteresowanie chłopaków (o czym w Phoenix nie mogła nawet marzyć). Edwarda Cullena zauważa już pierwszego dnia i nie może przestać o nim myśleć. Przystojny jak młody bóg, najwyraźniej bogaty, wszechstronnie uzdolniony. Chłopak ideał, a mimo to ich znajomość rozpoczyna się od jego panicznej ucieczki. Bella bardzo szybko odkrywa, że obiekt jej westchnień nie jest zwykłym człowiekiem. Trochę dłużej zajmuje jej wydedukowanie, że to wampir. Później jednak idzie już z górki. Dwoje krańcowo się od siebie różniących osób odkrywa niespodziewanie, że są sobie bliscy.

Mam nadzieję, że wszyscy zwrócili uwagę na niepozorne słówko wampir. Na nim w dużej mierze zasadza się wyjątkowość tej historii. Rodzinka Cullenów to najprawdziwsi krwiopijcy, tyle że cywilizowani. Nie napadają na ludzi, a odżywiają się osoczem zwierząt (czyli są wegetarianami, jak to określa gustujący w pumach Edward). Pomysł nie jest nowy. Został też zastosowany nieco naiwnie, ale da się w niego uwierzyć. Wampir-nastolatek to już jednak coś, z czym do tej pory się nie spotkałem. Nie znaczy to oczywiście, że Edward jest młody. Setkę na karku już ma, tylko wygląda jak dzieciak. Jest znacznie szybszy, silniejszy i bardziej zwinny od normalnego człowieka. Przebywając z Bellą musi się nieustannie kontrolować, żeby nie zrobić jej przypadkiem krzywdy. A dziewczyna pachnie tak, że wcale o to nie trudno.

Autorce należą się pochwały, gdyż udała się jej rzecz niezmiernie trudna - nie przesłodziła swojej powieści. Nie znalazłem momentu, który odepchnąłby mnie zbytnią ckliwością czy przesadnym romantyzmem. Duża w tym zasługa Edwarda, który raczej nie powinien pozwalać sobie na gwałtowne wybuchy uczuć. Z wyznaniami też jest dość wstrzemięźliwy. Dużo za to w jego wypowiedziach cynizmu i sarkazmu. W ogóle, język to wielka zaleta tej pozycji. Dialogi są naturalne i często wywołują odruchowy uśmiech. Bardzo dobrze widać, jak para bohaterów stopniowo zaczyna prowadzić coraz swobodniejsze rozmowy. Pani Meyer zasłużyła sobie na mój podziw również dzięki temu, że nie przywiązała się zanadto do nich. W kluczowym momencie książki nie zawahała się przed porachowaniem Belli kości. W iluż to filmach w ostatniej chwili zawsze na pomoc dziewczynie przybywał ukochany, ratując ją od choćby najmniejszego zadrapania? Tutaj nie ma lekko. Cóż, pono miłość czasem boli.

Wydanie jest fantastyczne, jednak do jednej rzeczy się przyczepię. Zaleta to z pewnością okładka. Wygląda świetnie: elegancka czerń z bladymi dłońmi, trzyma­jącymi jabłko. Do tego jest polakierowana i stosunkowo sztywna. Krótko mówiąc: prostota i elegancja. Wewnątrz nie udało mi się trafić na literówki czy błędy interpunkcyjne. Natknąłem się za to na brak stron. W moim egzemplarzu zamiast stron od 65 do 80 mam powtórkę wcześniejszych. Najwyraźniej nie jest to powszechny błąd, bo nie znalazłem informacji, żeby ludzie się na to skarżyli. W Empiku, do którego poszedłem doczytać braki, też wszystko było jak należy (a sprawdziłem w dwóch egzemplarzach).

Mamy zatem do czynienia z wzorowym, choć nieco naiwnym romansem. Dziewczyny, jeśli wciąż marzy wam się książę na białym koniu, koniecznie zerknijcie do tej książki. Tutaj co prawda książę jest drapieżnikiem i w każdej chwili może pożywić się swoją wybranką, ale przecież miłość nie zna przeszkód ani strachu. Kto wie, może kiedyś któraś z was przedstawiając rodzicom chłopaka bąknie cicho: On jest tylko nieco ponad osiemdziesiąt lat starszy ode mnie. Dodam jeszcze, że zakończenie powieści aż za bardzo zachęca do sięgnięcia po kolejną część. Czy warto to robić? Na to pytanie odpowiem już niedługo.

Tytuł: Zmierzch [Twilight]
Seria: Zmierzch, tom 1
Autor: Stephenie Meyer
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2007
Stron: 416
Ocena: 5

Dziękujemy Wydawnictwu Dolnośląskiemu za egzemplarz do recenzji.


Komentarze












































































































































































































































Dodaj komentarz

Tytuł: *
Tresć: *
Podpis: *
e-mail:
Aby zabezpieczyć adres przed spamem zamień dowolną kropkę na .SPAMik.
Token: token
Tu przepisz: *

* Pola są wymagane!